Jaki początek

Rzymianie, tak jak i inne narody, czuli potrzebę zmitologizowania swoich początków. Stąd liczne historie o powstaniu miasta nad Tybrem. Spośród nich na plan pierwszy wybijają się szczególnie dwie. Legenda o bliźniakach wykarmionych przez wilczycę oraz dzieje Eneasza, uciekiniera z Troi. Rzecz jasna nie da się ich pogodzić, bo albo Rzym został założony przez Romulusa (i jego brata Remusa) albo przez wspomnianego Trojańczyka. Mimo to już starożytni kombinowali czyniąc niekiedy z bliźniaków wnuczęta Eneasza albo zwyczajnie dając wiarę bądź to jednej bądź drugiej legendzie. Jakby nie było możemy śmiało założyć, że żadna z tych opowieści nie jest nawet bliska prawdy. Motyw cudem ocalonego potomstwa wpisuje się dość dobrze w kanon starożytnych opowieści (Edyp czy Mojżesz), a przygody Eneasza wydają się próbą bezpośredniego włączenia początków Rzymu w ciąg greckiej historii, a co za tym idzie - kultury. Nota bene warto zauważyć, że próby wpisania się rzymian w grecką tradycję naznaczone są swoistą dychotomią. Z jednej strony pogardzają "greckością", wielu wybitnych rzymskich mężów stanu pisze o tradycyjnym rzymskim etosie kulturowym, zdecydowanie odmiennym od helleńskiego, a z drugiej podskórnie wyczuwa się nieustającą potrzebę nawiązywania do wielkiej greckiej spuścizny, co zresztą Rzym nieustannie czynił.

Wracając jednak do meritum. Jeśli Rzym nie został założony przez Romulusa, ani tym bardziej Eneasza, to przez kogo? Na to pytanie odpowiemy w sposób dwojaki. Po pierwsze nie wiemy, bo ani źródła pisane, ani archeologia nie dają nam tutaj jasnej odpowiedzi, a po wtóre wielce prawdopodobne jest, że nikt nie założył Rzymu jako takiego. Rzadko się zdarza by nowe miasta, a tym bardziej wielkie imperium, powstawały na surowym korzeniu. Oczywiście historia zna takie przypadki, choćby słynna egipska Aleksandria założona przez swojego nie mniej słynnego imiennika. Ale nawet tutaj badania udowadniają, że nie powstała ona pośrodku niczego, że istniała w miejscu jej lokacji jakaś starsza, choć zdecydowanie mniej znana, istotna i rozwinięta osada (być może jeszcze ciekawszym studium tworzenia miasta od zera byłaby nowa stolica faraona heretyka - Echnatona). Archeologia pozwoliła nam jednak na ustalenie z dość dużą dozą prawdopodobieństwa, że ten organizm wiejski, a następnie miejski, który przekształcił się w stolicę największego starożytnego imperium jest bardzo stary, starszy nawet niż zakładali sami Rzymianie. W okolicach słynnego 753 roku przed Chrystusem, kiedy Romulus miał wznieść pierwsze mury i wytoczyć granice miasta nie było ani murów, ani Romulusa, ani nawet miasta. Była za to niewielka osada, nie bójmy się tego powiedzieć - wioska, zamieszkiwana przez prostych pasterzy owiec. Ślady tych czasów dostrzegamy zresztą w późniejszych dziejach Rzymu gdzie etos pracy na roli, przywiązania do ziemi i prostego życia zawsze był obecny w codziennym funkcjonowaniu republiki. Przykładem słynny Cyncynat i jego historia.

Początek Rzymu ginie więc w pomroce dziejów i wydaje się obecnie, że jest to definitywne zaginięcie. Powstał zapewne jako niewielka osada, a dogodne położenie, bliskość innych wyżej rozwiniętych cywilizacyjnie ośrodków, specyfika zamieszkujących go ludzi, a także trochę szczęścia i przypadku - wszystko to spowodowało, że z czasem, bardzo powoli Rzym stał się Rzymem z naszych wyobrażeń. Był to proces długi. Dość przypomnieć, że jeszcze za czasów Cycerona, a więc u skraju republiki, kiedy Rzym był już potęgą, samo miasto nie wypadało okazale. Marmurów nie było wiele, pierwszy murowany teatr wzniósł współczesny Arpinacie Pompejusz Wielki (zresztą poza murami miasta), a senat obradował to tu, to tam - w zależności od tego gdzie go zwołał konsul. Wielkie marmurowe pozostałości, to już okres cesarstwa, a więc ostatniego (choć oczywiście długiego) okresu w dziejach Imperium Romanum.

Jest jednak coś w legendach o początkach miasta nad Tybrem co nie tylko wydaje się prawdą, ale może być istotnym czynnikiem, który przesądził o oszałamiającym sukcesie i rozwoju położonej w malarycznym klimacie osady prostych pastuchów. Romulus zdawał sobie sprawę, że wytyczenie granic miasta, to zbyt mało. Ważniejsze było aby ktoś w tych granicach rzeczywiście mieszkał. Dlatego ogłosił Rzym azylem dla wszystkiego rodzaju typów spod ciemnej gwiazdy. Ściągali do miasta wszyscy przestępcy, zbiegli niewolnicy, wyklęci z różnych powodów w swoich rodzinnych stronach. W osadzie Romulusa mogli zacząć od nowa. I taki był Rzym przez całą swoją historię. Inkluzywny. Chociaż z jednej strony strzegł zazdrośnie swojego obywatelstwa, to siła dziejów sprawiała, że stopniowo coraz szersze rzesze mieszkańców republiki i cesarstwa stawały się civis romanus - obywatelami rzymskimi. Zdecydowana większość z nich zaczynała się ze swoim obywatelstwem prędko identyfikować, a Rzym uznawać za swój dom. Podobnie było z Enaszem. Człowiek znikąd, z dalekiej, obcej kulturowo Troi stał się mieszkańcem Italii, protoplastą Rzymian. Przemawiały to do wyobraźni starożytnych, mogli śmiało powiedzieć "u nas każdy jest skądś, a zarazem u siebie". Jakże to odmienna historia od Aten gdzie niewolnik był niewolnikiem do końca swoich dni, a nawet jeśli jakimś cudem uzyskał wyzwolenie, to nie mógł nawet marzyć by stać się obywatelem prześwietnych Aten. W Rzymie niewolnik nie tylko często uzyskiwał wolność, ale wraz z nią nazwisko swojego dawnego pana i rzymskie obywatelstwo. W końcu jeśli wierzyć mitom założycielskim, a Rzymianie im wierzyli, protoplaści nawet najszlachetniejszych rodów nobilitas byli pospolitymi przestępcami. Taki początek dawał nadzieję, że każdy w tej przedziwnej republice może stać się kimś.

Komentarze